Małe zmiany, wielki efekt. Rozmowa z architektem o zmianach w projektach domów
Zakup gotowego projektu to zaledwie pierwszy krok na długiej i wyboistej drodze do własnego domu. Prawdziwa magia – a zarazem największa odpowiedzialność – dzieje się na etapie tak zwanej adaptacji projektu. To właśnie wtedy dokumentacja techniczna zostaje zderzona z realiami konkretnej działki, lokalnymi warunkami zabudowy oraz rzeczywistym budżetem inwestora. Wielu osobom wydaje się, że adaptacja to czysta formalność: urzędowe wrysowanie budynku w granice parceli i podbicie pieczątek. W rzeczywistości to idealny moment na optymalizację konstrukcji.
O tym, jak za pomocą z pozoru drobnych, kosmetycznych wręcz korekt zaoszczędzić kilkadziesiąt tysięcy złotych lub diametralnie poprawić codzienny komfort życia, rozmawiamy z Mariuszem Wieczorkiem, architektem z Bydgoszczy, który od lat specjalizuje się w adaptacjach oraz przeprojektowywaniu gotowych koncepcji architektonicznych.
Architektura ukryta w detalu – gdzie szukać realnych oszczędności finansowych?
Często słyszy się, że inwestorzy przychodzą do biura z gotowym projektem i chcą zmieniać wszystko: przesuwać ściany nośne, powiększać budynek o metr w każdą stronę, dokładać wykusze. Czy to właściwa droga do stworzenia domu idealnego?
Mariusz Wieczorek: Zdecydowanie nie. Zmiany o charakterze makro, takie jak zmiana szerokości całej bryły, generują potężne komplikacje konstrukcyjne. Trzeba od nowa przeliczać stropy, więźbę dachową, fundamenty, co drastycznie podnosi koszt samej adaptacji, a na placu budowy rodzi chaos. Sztuka polega na wprowadzaniu małych zmian, które dają wielki efekt ekonomiczny lub użytkowy, nie naruszając przy tym głównego szkieletu budynku. Inwestorzy rzadko patrzą na projekt przez pryzmat fizyki budowlanej i wykonawstwa, a to właśnie tam leżą zakopane pieniądze.
Gdyby miał Pan wskazać jeden, sprytny trik konstrukcyjny, który natychmiast obniża koszt stanu surowego, o czym byśmy rozmawiali?
Mariusz Wieczorek: O stropie i ścianach wewnętrznych. W większości gotowych projektów domów z poddaszem użytkowym projektuje się ciężki, monolityczny strop żelbetowy, a na nim stawia się murowane ściany działowe na poddaszu. Moja pierwsza porada dla inwestorów szukających oszczędności brzmi: zostawmy strop żelbetowy lub gęstożebrowy, ale zamieńmy murowane ściany działowe na poddaszu na lekkie ścianki w systemie suchej zabudowy szkieletowej z wypełnieniem wełną akustyczną.
To genialny trik z kilku powodów. Po pierwsze, drastycznie odciążamy konstrukcję stropu. Cieńszy, mniej zbrojony strop to mniej stali i mniej betonu na budowie. Po drugie, zyskujemy niesamowitą elastyczność. Jeśli za pięć lat inwestor stwierdzi, że chce połączyć dwa mniejsze pokoje dziecięce w jedną dużą przestrzeń, rozbiera profilowaną ściankę z płyt gipsowo-kartonowych w jeden weekend, bez naruszania konstrukcji domu i bez kucia ciężkiego betonu. Co więcej, nowoczesne systemy suchej zabudowy, wbrew obiegowym opiniom, mają lepsze parametry tłumienia dźwięków niż cienka ściana z betonu komórkowego czy dziurawki, o ile zostaną prawidłowo wykonane.
Ergonomia i komfort mieszkania – sprytne triki w układzie funkcjonalnym
Przejdźmy do komfortu użytkowania. Ograniczenie kosztów to jedno, ale dom musi być przede wszystkim wygodny. Jakie błędy w układzie pomieszczeń najczęściej wyłapuje Pan podczas adaptacji?
Mariusz Wieczorek: Mimo że mamy na rynku wiele doskonale dopracowanych projektów gotowych, zdarza się, że spotykamy np. niefunkcjonalne strefy wejściowe czy źle zaplanowane ciągi komunikacyjne. Bardzo często wiatrołap ma powierzchnię trzech metrów kwadratowych, z czego połowę zabierają otwierające się do wewnątrz skrzydła drzwiowe. W efekcie, gdy do domu wraca czteroosobowa rodzina z zakupami, wchodzą do środka „na raty”, potykając się o własne buty.
Mój sprawdzony trik to zmiana kierunku otwierania drzwi wejściowych na zewnątrz oraz likwidacja klasycznych drzwi między wiatrołapem a hallem na rzecz drzwi przesuwnych chowanych w ścianę. Ponadto, niemal zawsze namawiam klientów na wygospodarowanie chociażby jednego metra kwadratowego na tak zwaną „brudną garderobę” tuż przy wejściu. Może to być głęboka wnęka wycięta kosztem sąsiadującego pokoju czy łazienki. Ukrycie tam kurtek, butów, odkurzacza czy deski do prasowania sprawia, że dom od progu wygląda na uporządkowany.
A co z kuchnią i salonem? Otwarte przestrzenie to wciąż dominujący trend, ale czy w praktyce nie przysparzają problemów?
Mariusz Wieczorek: Otwarta strefa dzienna jest wspaniała, dopóki nie zdamy sobie sprawy z hałasu pracującej zmywarki, miksera czy zapachów smażenia docierających do kanapy w salonie. Tutaj polecam inwestorom bardzo prosty zabieg architektoniczny: zamiast całkowicie otwierać kuchnię, warto zastosować ściankę kolankową lub wysoki blat barowy o wysokości około 110-120 centymetrów, który optycznie odgrodzi blat roboczy od strefy wypoczynkowej. Dzięki temu siedząc w salonie, nie oglądamy brudnych naczyń w zlewie.
Kolejnym, absolutnie kluczowym elementem jest spiżarnia. Jeśli w projekcie nie ma dedykowanej spiżarni przy kuchni, niemal zawsze staram się ją „doprojektować” kosztem kawałka garażu, kotłowni czy zmniejszenia kuchni właściwej. Nawet spiżarnia o szerokości jednego metra, z wejściem zamykanym drzwiami przesuwnymi, pozwala zrezygnować z połowy górnych szafek kuchennych. Kuchnia staje się wtedy lżejsza wizualnie, bardziej nowoczesna, a zapasy żywności przechowujemy w chłodniejszym, ciemniejszym miejscu.
Stolarka okienna i instalacje, czyli jak nie przepłacić za nowoczesność
Współczesna architektura kocha duże przeszklenia. W katalogach domów widzimy ściany ze szkła, które wyglądają niesamowicie. Jak to wygląda z Pana perspektywy, gdy analizuje Pan koszty inwestycji?
Mariusz Wieczorek: Duże przeszklenia w projekcie domu to największa pułapka finansowa dla niedoświadczonego inwestora. Kiedy klient widzi w projekcie okno tarasowe o szerokości pięciu metrów, myśli o pięknym widoku na ogród. Ja widzę wycenę stolarki otworowej, która zwala z nóg. Systemy przesuwne typu HS (Hebe-Schiebe) w takich gabarytach kosztują krocie (przykładowa wycena, którą dostał mój klient za tego typu okno sięgała trzydziestu tysięcy złotych za jedno okno 5 m). Co gorsza, tak potężne przeszklenia od strony południowej czy zachodniej bez zamontowania drogich rolet zewnętrznych lub żaluzji fasadowych w okresie letnim zamienią salon w szklarnię, generując ogromne koszty klimatyzacji.
Mój trik w tym obszarze polega na racjonalizacji, a nie rezygnacji z doświetlenia. Zamiast jednego, gigantycznego skrzydła przesuwnego, proponuję podział przeszklenia na moduły: część środkowa lub boczna jest nieotwierana, czyli jest to tak zwany „fix” (szklenie stałe w ramie). Okna stałe są znacznie tańsze od otwieranych, mają lepsze parametry przenikania ciepła i są bezpieczniejsze. Inwestor zachowuje tę samą powierzchnię szyb i dopływ światła, ale koszt zakupu okna spada o 40-50%. Ponadto, warto weryfikować wysokość otworów okiennych. Okna o standardowej wysokości 230-240 centymetrów są produktami typowymi, natomiast wyciągnięcie nadproża do samego sufitu wymaga już indywidualnych zamówień i specjalnych wzmocnień konstrukcyjnych, za co producenci naliczają gigantyczne marże.
A jak podejść do tematu kotłowni i systemów grzewczych w dobie pomp ciepła i rekuperacji? Czy tradycyjne projekty nadążają za tymi zmianami?
Mariusz Wieczorek: Większość gotowych projektów wciąż posiada potężne pomieszczenia gospodarcze dedykowane dla kotłów na paliwo stałe lub gazowe, z wymaganymi kubaturami i ciężkimi, murowanymi kominami spalinowymi oraz wentylacyjnymi. Jeśli inwestor decyduje się na nowoczesne rozwiązanie – pompę ciepła połączoną z wentylacją mechaniczną (rekuperacją) – te tradycyjne kominy stają się całkowicie bezużyteczne.
Podczas adaptacji wykreślam z projektu murowane kominy systemowe wszędzie tam, gdzie to możliwe. Jeden komin murowany z wykończeniem ponad dachem to koszt rzędu kilku tysięcy złotych, nie wspominając o ryzyku nieszczelności i stratach ciepła, czyli mostkach termicznych. Przy rekuperacji powietrze rozprowadzane jest kanałami wentylacyjnymi, a zużyte wyrzucane na zewnątrz przez prostą czerpnio-wyrzutnię ścienną lub dachową. Rezygnując z kominów i zmniejszając powierzchnię technologiczną kotłowni, zyskujemy cenne metry kwadratowe, które możemy przekazać na powiększenie łazienki, garderoby, a nawet stworzenie domowego biura, które w erze pracy zdalnej jest na wagę złota.
Podsumowanie – elastyczność i rozsądek kluczem do sukcesu
Na koniec naszej rozmowy, jaką najważniejszą radę dałby Pan osobie, która trzyma w ręku świeżo zakupiony katalogowy projekt domu i szuka architekta adaptującego?
Mariusz Wieczorek: Radzę przede wszystkim zachować chłodną głowę i zaufać doświadczeniu lokalnego architekta. Nie bójmy się pytać i kwestionować rozwiązań wpisanych w projekt gotowy. Pamiętajmy, że autor projektu katalogowego musiał stworzyć budynek uniwersalny – taki, który sprawdzi się zarówno na Podhalu, jak i na płaskich terenach Kujaw. Zadaniem architekta adaptującego jest dostosowanie tej uniwersalnej wizji do specyfiki Twojego życia, Twojego portfela i Twojej działki. Wprowadzając drobne, przemyślane modyfikacje na etapie adaptacji projektu gotowego, inwestor zyskuje potężne narzędzie kontroli kosztów. Każda decyzja podjęta przy biurku architekta jest wielokrotnie tańsza niż jakakolwiek zmiana wprowadzana naprędce na placu budowy, gdy beton już twardnieje, a ekipa wykonawcza żąda dopłat za przestoje. Mądra adaptacja to nie wydatek – to inwestycja, która zwraca się z nawiązką już przy wylewaniu pierwszych fundamentów.
Komentarze
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.